Oz | Australia, travels | podróże

Blue Mountains (Three Sisters)

Today it has been exactly one year since my trip and excursion to Blue Mountains while I was in Australia. As I cannot wait for my return to Oz this Spring, I have been looking through my pictures and videos and decided to share them with you. Let’s bring back these memories!
(Here you should also watch my trip to Macadamia Farm)

The Blue Mountains is a mountainous region and a mountain range located in New South Wales, Australia. Located about 50 kilometers west from the city.

The name comes from the natural blue haze created by vast eucalyptus forests in this World Heritage area. Tiny droplets of oil released from the trees mix with water vapor and sunlight to produce the distinctive color.

It’s just two hours by train from Sydney’s Central Station to Katoomba, where you’ll find buses to some of the leading attractions. You can marvel at this wilderness region from cliff top lookouts. Explore waterfalls, valleys or even discover limestone crystals and underground rivers deep inside the Jenolan Caves (I will post info about them in next chapter! 🙂 ) There are numerous exhilarating activities on offer in the mountains, from rock climbing and abseiling to guided walks.

You can go and see the Three Sisters rock formation from Echo Point Lookout at Katoomba which is also the gateway to many walking trails.

I was there exactly one year ago when in Australia was Summer time so be careful and drink plenty of water, cover your head with hat and use sunblock if you plan to visit this region soon.

My trip was divided into 2 days. First day I was exploring Jenolan Caves (tbc) and the following day I was climbing and hiking within the mountains.
On the video above you can see Katoomba, The Three Sisters, amazing lookouts and forest from day #2.

Great adventure and break from the beach and sand that are inherent in Sydney 😉

Oz | Australia, travels | podróże

The Great Barrier Reef | Wielka Rafa Koralowa

The Great Barrier Reef is one of the seven wonders of the natural world and pulling away from it, and viewing it from a greater distance, you can understand why. It is larger than the Great Wall of China and the only living thing on earth visible from space.

While I was in Australia, I was lucky to see and experience it by myself. I have spent 2 days during my last weekend there. These were the most exotic days in my life ever. The reef is located in the Coral Sea, off the coast of Queensland. I flew from Sydney to Hamilton Island and then by boat to Hayman Island that became a base to discover surrounding nature.

The first day was only the warm-up for the full exposure. I received full equipment for snorkeling from the travel agency including: face mask, snorkel, and fins; also got special “stinger suits” that you can wear to prevent being stung by a jellyfish. Ready to go, we were sailing with a little boat from the resort to another little island I got 2 hours for diving and swimming in the crystal blue water. Along the beautiful beach – reef beach! Yes, there was no sand, no rocks only parts of the corals and reef, really spectacular! You gotta have some flip-flops at least so you can walk on top of them, otherwise, this HOT SPIKY massage could be too challenging! ;). I tried snorkeling once in my life before, while I was in Israel and swimming around Eilat, however, I have never done it with professional gear. Putting stinger suit is quite easy and fun, but takes some time. [Always ask for the right size of the suit, as too big (as mine during the first day) can make you feel heavy and less agile.]

Once I got my outfit on, I was ready for the adventure! I walked backward to the water so I wouldn’t trip over my fins and dip in the sea. The temperature of the water was sooo good so you could stay there forever.  I was able to see already amazing pieces of flora and fauna very close to the shore. Exploring the bay alongshore and much deeper, I had so much fun, swimming alongside with beautiful fishes. I had so many pictures and little videos that I was still watching later in the evening.We are not aware how much wildlife happens down, under the water.

This was such a great experience. Excited and warmed-up for the BIG adventure (as the tour company said) I even didn’t know what I was gonna see the following day. After early breakfast, at 7 am I was ready to rock that day!This time, we didn’t sail we FLEW over the islands, the sea and The Great Barrier Reef by helicopter so I could see it not only palpably but also from the different HIGH  perspective!

After flying a good half an hour over the water we landed on the little platform and got transported to a bigger one, platform and station at the same time in the middle of the sea.
Already familiar with snorkeling kit I put my stinger suit pretty fast. All set and prepared, I couldn’t wait to jump into the water as I saw wildlife already from the platform.

BOOM! Fast dip, straight into The Great Barrier Reef that amazed me immediately! Hard to describe my feelings how excited I was seeing whole different kinds of fishes, plants, corals, sponges and even much more that I didn’t even know what are their names.

Surprisingly the surface of The Reef I have seen, laid very close from the sea level so I could feel it underneath my feet, but IT IS PROHIBITED TO STEP ON IT!
I must admit that the scariest moment was to see the end of the reef and the deep, deep, scary depth of the sea… So once I crossed this line, I subconsciously got back over The Reef, just to have a feeling that there is something below me .. 😉

I fall in love with the wildlife I have just seen. But it was not the end of the adventures that day. After snorkeling, we got another helicopter trip ahead. This time on the way back to the resort, we were flying over The Great Barrier Reef via another way. The captain was piloting a bit lower and closer to the sea level so we could see and notice wild dolphins and… sharks! swimming in the little bays between smaller and bigger reefs! Do you think that was over? I thought the same until I saw the famous Heart Reef. It is located inHardy Reef, is a stunning composition of coral that has naturally formed into the shape of a heart. You can only experience it from the air, as visitors are unable to snorkel or dive there due it’s protected status.

The Great Barrier Reef definitely charms and has stolen my heart. By that day I was not aware big wildlife exists under the water.  I would remember the images and experience from that day forever. Hopefully, I will be also able to do more snorkeling (or diving) expeditions soon, it is fun and amazing way to spend summer time.

WIELKA RAFA KORALOWA

Wielka Rafa Koralowa to jeden z siedmiu cudów natury. Oglądając ją z dalszej perspektykwy, jesteśmy w stanie uwierzyć i zobaczyć jak duża jest ona naprawdę. Większa od Wielkiego Muru Chińskiego oraz jakiegokolwiek innego obiektu widocznego z kosmosu. Największa na Ziemi pojedyncza struktura wytworzona przez organizmy żywe, widoczna z kosmosu jako biała smuga na tle błękitnego oceanu. Wielka Rafa Koralowa jest wyjątkowa!

Będąc w Australii, mialam to szczęście by zoabczyć to miejsce i sprawdzić ją osobiście. Dwa dni, podczas ostatniego weekendu na tym kontynencie, spędziłam w najbardziej tropiklanym i egzotycznym miejscu jakie miałam do tej pory zobaczyć. Wielka Rafa jest położona wzdłuż pólnocno-wschodnich wybrzeży Australii, na Morzu Koralowym.

Z Sydney doleciałam samlotem dna Wyspę Hamilton’a (Hamilton Island), a stamtąd łodzią dopłynęłam do Wyspy Hayman (Hayman Island), która została bazą wypadową na najbliższe dwa dni.

Pierwszy dzień, był dopiero rozgrzewką. Otrzymałam pełen zestaw do snorklingu od agencji podróży, w tym: maskę, rurkę, płetwy oraz specjalny strój dla nurków chroniący przed poparzeniami meduz pływających w morzu. Gotowi do dorgi, popłynęliśmy łódką z ośrodka na mniejszą wysepkę, gdzie mogłam spędzić 2 godziny pływając i nurkując w krystalicznie czystej wodzie, wzdłuż koralowej plaży! Tak, KORALOWEJ! Na plaży nie było piachu, kamieni, zaś fragmenty koralowców z rafy, które tworzyły piękne wybrzeże. (Zalecam chodzić po niej w klapkach, ponieważ spacer po tej rozgrzanej, kłującej nawierzchni może być nieco dokuczliwym masażem ;)).
Udało mi się uprawiać snorkleing będać 2 lata temu w Izraelu, w Ejlacie, jednak nigdy z pełnym sprzętem. Tym razem gotowa do akcji po założeniu stroju na siebie (co zajmuje nieco czasu, ale jest dosyć łatwe. Pamiętajcie by zawsze dopasować odpowiedni rozmiar do sylwetki! W przeciwnym razie zbyt duży strój może stanowić opór i spowlaniać ruchy w wodzie).

W pełni przygotowama, byłam gotowa na przygodę. Schodząc tyłem do brzegu, tak aby nie potknąć się o własne płetwy (ktokolwiek próbował w nich chodzić, będzie wiedział co mam na myśli :)), wskoczyłam do morza. Temperatura wody była idealna, że można byłoby zostać w niej na zawsze. Już kilka metrów od plaży byłam w stanie zoabczyć niezliczone gatunki flory i fauny żyjące pod powierzchnią wody. Pływając wzdłuż i wszerz wybrzeża w towarzystwie kolorowych ryb, robiłam pełno zdjęć, które w pełnym zdumieniu oglądałam później jeszcze przez cały dzień.

Było to naprawdę niesamowite uczucie i doświaczenie. Podekscytowana i gotowa na prawdziwe wyzwanie (zgodnie z tym co mówiono w ośrodku) nie mogłam doczekać się kolejnego dnia.
Po wczessnym śniadaniu, o godzinie 7 byłam przygotowana na podbój dnia! Tym razem nie płynęłam łódką do miejsca nurkowania, zaś frunęłam helikopterem nad Wielką Rafą, więc byłam gotowa zobaczyć i doświadczyć jej również z innej, wysokiej!, perspektywy!


Po dobrych 30 minutach lotu wylądowaliśmy na niewielkiej platformie, gdzie helikotper mógł bezpiecznie zostawić a następnie niewielką łódką dopłynęliśmy do kolejnej większej platformy – stacji nurkowej, zlokalizowanej na środku morza.
Mając wprawę i doświadczenie z poprzedniego dnia, szybko założyłam strój i nie mogłam się doczekać skoku do wody, w której już w perspektywy platformy mogłam dostrzec pływające ryby.

BUM! Skok do wody prosto w serce Wielkiej Rafy Koralowej był niezwykły. Odjęło mi mowę. Ciężko opisać co się czuje w momencie, kiedy ma się okazję znaleźć w tak niezwkyłym miejscu i można zobaczyć tak wiele gatunków ryb, roślin, koralowców, gąbek i innych podwodnych stworzeń.

Zadziwiająco, sama powierzchnia rafy znajdowała się bardzo płytko pod powierzchnią wody i byłam w stanie wyczuć ją pod nogami. Należy jednak uważać, ponieważ stąpnie po niej jest CAŁKOWICIE ZABRONIONE!

Największy strach poczułam w momencie, kiedy widziałam koniec rafy a poza nią jedynie przerażającą głebię oceany, ciągnącej się w nieskończoność. Za każdym razem kiedy dopływałam do tego miejsca, podświadomie szybko zawracałam ponad powierchnie rafy, tak aby mieć chociaż przeświadczenie, że mam coś pod nogami 😉

Podmorska dzika przyroda skradła moje serce. Nie był to jednak koniec wrażeń tego dnia! Po nurkowaniu czekała nas kolejna wyprawa helikopterem. Tym razem w drodze powrotnej do ośrodka, oobraliśmy inną trasę i lecieliśmy ponad jeszcze bardziej (o ile to możliwe) malowniczym fragmentem rafy koralowej. Kapitan pilotował helikoptem również nieco niżej tym razem, tak abyśmy byli w stanie zoabczyć dolfiny i… rekiny pływające w niewielkich zatoczkach pomiędzy mniejszymi i większymi rafami.

Myślicie że to koniec? Też mi się tak wydawało do momentu kiedy przelecieliśmy nad Heart Reef! Ten fragment rafy, jak sama nazwa wskazuje, w kształcie serca, jest położona na obszarze Raf Hardy. To naturalna struktura o zdumiewającej kompozycji koralowca, którą można zobaczyć jednie z perspektywy lotu ptaka, jako że pływanie i nurkowanie w jej pobliżu jest całkowicie zabronione w ramach jej ochrony.

Wielka Rafa Koralowa zdecydowanie oczaruje niejednego i całkowicie skradła moje serce. Aż do tego dnia nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak duży jest podmorski świat oraz dzika natura pod powierzchnią wody. Na pewno zapamiętam ten dzień oraz doświadczenie na zawsze. Mam nadzieję, że uda mi się niebawem wrócić w podobne miejsce by móc nurkować i uprawiać snorkeling, który jest świetnym pomysłem na spędzanie wolnego czasu oraz odkrywanie mórz w zupełnie innym wymiarze.

Oz | Australia, travels | podróże

Old Bar

Old Bar – Supposedly nothing but still there is something

That’s definitely true that unplanned and unexpected things are the best ones. It was exactly like this on Thursday afternoon while during lunch I have accidentally found town Old Bar on the map. The weather forecast predicted really rainy upcoming weekend in Sydney. Me and my friend Chattz really wanted to chase the Sun so we really needed to escape the city. We have found the accommodation close to the ocean and the prediction of sunny Saturday and Sunday around there. The decision was easy, we were going to Old Bar!

On Friday, in the evening after my job for Jones Magazine x David Jones Store, we headed towards Old Bar. Having said my team on the set that I was going there everyone reacted the same way “Old Bar? Why there? There is nothing…” Later on, it turned out that they were right, but only partly, as there was nothing in Old Bar but this ‘nothing’ was better than anything else ;).

After quite long and slow drive, we finally reached our destination. We arrived at out little town what welcomed us as expected, in a very peaceful way. No people on the streets, subdued lights and neon of COLES (Australian supermarket) which was trying to enlight our road a bit more powerful.

Our accommodation couldn’t be better! Once I stepped into the room, I heard ‘terrible’ noise. The sound of the ocean that mush had been very close, as I thought. However, due to the complete darkness outside, I was not able to see anything through the window. I was really afraid that I wouldn’t fell asleep because of the noise. I set up my alarm clock for 6 am to be able to see the sunrise.

The following day I woke up with the incredible view straight from my bed. The ocean and sky were an amazing riot of colors. As soon as I went on the terracece and felt the fresh air and breeze, I knew that this was going to be a great day!

Sports clothes on, Nike on and I was ready to go outside to run and check the neighborhood.
Old Bar was slowly waking up. In the local bakery I spotted few customers,almost nobody on the streets, apart from me there were only few morning cyclists. Old Bar was really small, my first part of the run I finished at another town Manning Vale and came back with the spur track. Once I got back to my starting point the only thing I wanted to do was the jump into the ocean. Quick ‘splash’ and I was already in the water, exploding with endorphins it was a great beginning of the day.

We ate breakfast in the local restaurant ‘The Flow’ (that was probably THE BIG spot in the town ;). Great place with typical Australian menu and great coffee.

So far everything was going great. Amazing morning, yummy food, beautiful weather. What else do you need? At 12 o’clock we were ready to explore the coastline. Wearing only swimsuits we went for a tour along the beach. In the early morning it looked much smaller because of high tide, but then the beach and sand seemed to be endless! Almost no people, few kids playing around and making sand castles.

The further we went, the fewer people were there and more shells showed up on the sand. I could walk this beach forever, only because it ended up with canal dividing the shore for two parts I needed to stop.  I really wanted to continue this stroll but the strong current made it impossible to cross the shore. Around me there was completely nothing, just beach and ocean.

On the way back we walked through dunes. The view from the top of them was really incredible. That must have been a peak time of the low tide, the water almost disappeared, ahead there was only endless sand and beach. No people, looking left – nothing, looking right – nothing. We looked at each other with Chattz and aked ourselves ‘were the hell are we?’… apparently, in the deep a**’ and started laughing. People were right before my arrival there, there was nothing there, but I felt so good. Great location, peace and nature, everyone could be jealous about of it right now.

Coming back home I collected lots of beautiful shells scattered between interesting molds made by the crabs with little sandy balls (as they throw them away when they are digging into the sand to make their canals. How funny and creative te nature is! )

 

In the evening we went for dinner again to ‘The Flow’ as it was almost the only place serving the food. The chef didn’t disappoint me. Crispy shrimps and octopus for the appetizer were delicious and the grilled chicken for the main course was amazing. Everything served with fresh salads and good drinks ;). The homemade tiramisu for dessert despite its clumsy shape was to die for. Incredibly nice service, simple design with little benches and lights was a real proof that this is the best recipe for Saturday night.

The following day, on Sunday, the weather was worse. The sky was still covered with the clouds after an overnight thunderstorm. After a quick run in the morning and breakfast, we were about to check out and slowly head back to Sydney. Once we sat down in the car the heavy rain started to fall and it completely disorganized the local market that was about to happen that day in the town.

Old Bar was crying but it left an incredible experience inside my soul. Such a little place, 300 kilometers away from Sydney was like the best detox. Time completely stopped here and the local people were not aware how lucky there were living in such a spot.

On the way back to Sydney we went through another road – crossing The Lake Lane we were able to watch the ocean on one side and the huge lakes on the other side from the highway. Passing villages we stopped by in The Kingfisher Cafe  in Blueys Beach. Our Sunday lunch couldn’t be better! St Jacob Scallops were probably the best I had ever had in my life. The very pleasant waitress told us that these were caught just early that morning. This freshness and taste you could feel. (Some people do not like scallops at all, as they are not easy to prepare! Not fresh ones smell terrible, overcooked are gummy… These were simply delicious! ) My main course was wild-caught salmon (I try to avoid salmon in general because of the farms they mostly come from. The article about this is coming shortly !!) melt-in-the-mouth.
This restaurant was a real pearl on our way. Such a places are incredible experiences!

After lunch, we still had over 200 kilometers ahead to Sydney. Our drive was a bit rainy and foggy but as soon as we arrived in the city, the sun came up!

Everyone (also the map) suggested that there was nothing in Old Bar. But it was not true at all! There was everything that you need for your soul and body – silence, peace, great beach and amazing food… and you know what else? The sun that my housemate hadn’t seen since I left the city on Friday night until I came back on Sunday. Damn, I think I must be lucky! 😉

Old Bar – niby nic a jednak coś

Prawdą jest, że to co nieplanowane i niespodziewane okazuje się być najlepszym pomysłem. Tak też było i tym razem kiedy w czwartkowe popołudnie podczas lunchu przypadkowo znalazłam miejscowość Old Bar na mapie, rzucając pomysł Chattzowi, że powinniśmy pojechać tam na weekend uciekając w ten sposób od deszczu przepowiadanego na sobotę i niedzielę w Sydney. Znaleźliśmy zakwaterowanie położone tuż nad oceanem, które było strzałem w dziesiątkę. Prognoza pogody nie przewidywała opadów w okolicy Old Bar więc decyzja była prosta – jedziemy!

W piątek po mojej pracy (sesji dla magazynu Jones Mag x David Jones Store – magazynu dla największego w Australii domu towarowego) ruszyliśmy bezpośrednio w kierunku Old Bar. Mówiąc  ekipie o swoich planach na najbliższy weekend, każdy reagował ‘Old Bar? Dlaczego tam? Przecież tam nic nie ma…’. Jak się później okazało mieli rację tylko po części, może faktycznie w Old Bar nic nie ma, ale właśnie w tym ‘nic’  zawarte było wszystko co najlepsze ;).

Po niemal godzinnej przeprawie przez miasto ,w końcu dojechaliśmy do autostrady M1 i po 23-ciej dojechaliśmy do celu. Miejscowość przywitała nas tak jak przypuszczałam –spokojem i ciszą. Zero ludzi na ulicy, przygaszone światła oraz neon COLES (supermarket australijski) oświetlający główna drogę Old Bar Road .

Po wejściu do pokoju naszego wynajętego domku usłyszałam niesamowity szum… Szum oceanu, który rzeczywiście musiał być bardzo blisko, z powodu totalnej ciemności za oknem niestety nie byłam w stanie nic ujrzeć zza okna. Nieco ‘bojąc się’, że nie usnę z powodu hałasu poszłam spać nastawiając budzik na 6 rano, aby móc ujrzeć wschód słońca następnego dnia.

Po przebudzeniu się, moim oczom ukazał się niezapomniany widok-oceanu i nieba, które pod wpływem wschodzącego słońca mieniły się kolorowo … Po wyjściu na taras świeże powietrze i morska bryza, mówiły mi, że to będzie dobry dzień.

Szybka „przebiórka”, Nike na nogi i po chwili byłam na dworze gotowa na kolejną biegową retrospekcję okolicy. Old Bar powoli budził się do życia. W lokalnej piekarni pojawili się pierwsi klienci, prócz mnie na ulicy tylko parę aut i kilkoro rowerzystów. Pierwszą część biegu ukończyłam w punkcie widokowym kolejnej miejscowości Manning Vale, zaś z powrotem wróciłam boczną trasą. Kończąc  bieg jedyną rzeczą, którą chciałam zrobić, był skok do oceanu… Chlup! Orzeźwiająca woda pobudziła mnie jeszcze bardziej, naładowana endorfinami uznałam swój dzień za rozpoczęty w najlepszy możliwy sposób.

Śniadanie zjedliśmy w lokalnej knajpce The Flow (prawdopodobnie jednej z głównych w miasteczku ;)) z typowym Australijskim menu i pyszną kawą.

Jak do tej pory wszystko układało się nieźle, poranny widok niczego sobie, udany bieg, kąpiel w ocenie, smaczne śniadanie czego chcieć więcej? Przed godziną 12 ubrani jedynie w strój kąpielowy ruszyliśmy na brzeg oceanu. Rano plaża była malutka ze względu na przypływ, teraz piach  ciągnął się w nieskończoność. Trochę chmur, delikatny wiatr, idealna pogoda na spacer wzdłuż brzegu. Na plaży praktycznie zero ludzi, parę osób równie leniwie przechadzających się po wybrzeżu, dzieci pluskające się w małych lagunach.

Im dalej szliśmy, tym jeszcze mniej ludzi a coraz więcej muszli. Minęło nas kilka aut 4×4 szarżujących śmiało bo bezkresnej plaży. Brzeg wydawał się nie mieć końca, do momentu kiedy dotarliśmy do kanału, powstałego pod wpływem odpływu, dzielącego plażę na dwie części. Chyba dotarliśmy do końca, wokół nas nic oprócz niewiarygodnie szerokiej plaży i oceanu. Piaszczysty brzeg po drugiej stronie kanału kusił, ale silny nurt wody uniemożliwił nam przeprawę.

Wracając szliśmy przez wydmy. Zatrzymaliśmy się na czubku jednej z nich skąd roznosił się niezwykły widok. Odpływ w swoim szczytowym momencie odkrył niekończącą się plażę w sąsiedztwie leniwego oceanu. Zero ludzi, kompletna cisza, patrząc w lewo nie ma nic, patrząc w prawo też nic oprócz piachu. Pytając Chattza gdzie my u licha jesteśmy, zaśmialiśmy się że ‘chyba kompletnej du**e’ . Ludzie mieli rację, że w Old Bar nic nie ma. Ale mnie właśnie było dobrze z tym ‘nic. Na dodatek, że nieśmiałe do tej pory słońce w końcu pokazało się w pełnej krasie. Wszyscy z Sydney mogli mi teraz zazdrościć pogody i miejsca.

Wracając z powrotem zebrałam niezłą kolekcję muszli, porozrzucanych na brzegu, pomiędzy ciekawymi formami utworzonymi przez kraby, które pracowicie  kopiąc swoje kanaliki, wyrzucają na zewnątrz kuleczki piachu, tworząc małe dzieła sztuki (czego to natura nie wymyśli ;)).

Wieczorem wybraliśmy się na kolację tak jak rano do restauracji The Flow. Szef kuchni nie zawiódł, chrupiące krewetki i ośmiornica jako przystawka oraz grillowany kurczak z wolnego wybiegu w towarzystwie sałatki quinoa i pomidorów koktajlowych (oraz grillowana wołowina mojego kompana podróży) jako dania główne smakowały wybornie zaś polecone tiramisu domowej roboty na deser pomimo swojej niezgrabnej formy biło na głowę. Niesamowicie miła obsługa, sielski klimat miejsca z kilkoma stolikami na tarasie oświetlonymi leniwym oświetleniem były dowodem, tego jak niewiele potrzeba by stworzyć fajne miejsce na sobotni wieczór.

W niedzielę rano niestety pogoda nieco się zepsuła, niebo ciągle było zakryte chmurami po nocnej burzy. Po moim porannym biegu przyszedł czas na szybkie śniadanie, pakowanie i wykwaterowanie. Jak tylko wsiedliśmy do auta, zaczął padać deszcz, który pokrzyżował plany lokalnemu marketowi, który miał się odbyć tego dnia w Old Bar (w ostatnią niedzielę miesiąca) i nieliczna grupka straganiarzy widziana z samochodu musiała składać swoje stoiska.

Old Bar płacząc po nas, pozostawił u mnie niezapomniane wrażenie. Niewielka mieścina położona w odległości 300km na północ od Sydney podziałała niczym najlepszy detoks. Czas jakby się zatrzymał w tym miejscu a lokalnym mieszkańcom można było tylko zazdrościć tak cichej i dzikiej plaży położonej z dala od miejskiego zgiełku.

Wracając do Sydney obraliśmy nieco inną drogę – jadąc poprzez The River Line można było zobaczyć z autostrady linię oceanu po lewej stronie zaś po prawej kompleks wielkich jezior. Snując się powoli zatrzymaliśmy się w miejscowości Tomaree gdzie znajdował się punkt widokowy, z którego można było zobaczyć malowniczy widok klifów oraz długiej linii brzegowej. Im dalej podążaliśmy drogą tym bardziej zielony i górzysty stawał się krajobraz.
Mijając kolejne leniwie wioski, zatrzymaliśmy się przypadkiem w malutkiej kawiarni  The Kingfisher Cafe  in Blueys Beach.

Nasz niedzielny lunch nie mógł być lepszy. Jako przystawka – Małże St. Jacobs z grillowanym boczkiem, świeże grillowane przegrzebki były wg nas obojga chyba najlepszymi jakie jedliśmy w swoim życiu. Sympatyczna kelnerka powiedziała, że wszystkie owoce morza są łowione i dostarczane do nich świeże każdego dnia. Ten smak było czuć, szczególnie przegrzebki, które są z natury bardzo wrażliwe na temperaturę – nieświeże trącąc nieprzyjemnym zapachem i smakiem; bądź przesmażone – twarde i gumiaste potrafią skutecznie zniechęcić wiele osób. Jako danie główne mój dziki łosoś (którego staram się unikać ze względu na to, że zazwyczaj restauracje serwują hodowlane łososie *o tym więcej w krótce*), rozpływał się w ustach. Położony w nadmorskim lesie malutki lokal The Kingfisher, o prostym wystroju okazał się być prawdziwą perłą na naszej drodze. Takie ukryte miejsca to prawdziwe skarby.

Wychodząc z knajpki jako ostatni klienci, mieliśmy jeszcze ponad 200 km drogi do domu. Podczas naszej podróży pogoda była w kratkę raz chmury, raz deszcz, ale po raz kolejny się udało, Sydney przywitało piękną letnią aurą.

Wszyscy z Sydney oraz nawet mapa sugerowała, że w Old Bar nic nie ma. A to nieprawda – było wszystko czego dusza zapragnie – cisza, spokój, gigantyczna plaża, świetne jedzenie i wiecie co jeszcze? SŁOŃCE, którego moi współlokatorzy nie widzieli od piątkowego popołudnia do momentu kiedy wróciłam do domu w niedzielę. Kurczę, chyba mam szczęście ;).

 

Oz | Australia, travels | podróże

Mount Kosciuszko | Góra Kościuszki

Mount Kosciuszko

 

Most of us imagine Australia as a country with endless ocean and Beach, surfers and kangaroos but rarely with mountains.

However, OZ and its the highest mountain, Mount Kosciuszko (2228 meters above sea level), located in Snowy Mountains (named after Polish national hero Tadeusz Kosciuszko by its first conqueror, Polish alpinist Pawel Edmund Strzelecki) is a great alternative for climbing lovers.

We left Sydney on Friday evening and arrived at picturesque Lake Crackenback after 5 hours of driving towards southwest Australia.

The following day welcomed us with beautiful sunrise…

 

After breakfast and coffee we were ready to face up to our trip.

It takes 20 minutes by car to drive from Lake Cackenback to to Threddbo. Thredbo is ski resort in the Snowy Mountains is Australia’s premier year-round resort. During Winter time, it offers great slopes for skiers. During Summer time it provides trails for hikers and MTB riders.

Route to Mount Kosciuszko is devided into 2 parts. The first one follows from Threddbo to the ski station – you can go there either with paid chair-lift or on foot with steep trail (4km) and free ;)). The second part is a 6 kilometers long uphill track from ski-station to the summit.

Of course we have chosen the ‘difficult’ version and walked all the way up & down, leaving chair-lift for lazy tourists ;).

Walking path starts with very steep steps that after 15 minutes of climbing can make you quite tired! Later on, there is a gravel road, which due to the heat and draft became a real challenge for legs and shoes.

In the middle of the trail, all path signs (which are very rare anyway) disappear completely… Following my instinct only, I have decided to continue my way with stairs instead of gravel path.

This track is much more wild, so being afraid of snakes and other animals I have speeded up and started to ‘sing’ to scare them away (yes… I can’t sing at all ;))

Futher, this path crosses with MBT trail where bikers (or rather acrobats!) were jumping and doing stunts that were giving me goosebumps.
From here you can also see the ski station. Its view gave me an extra kick and pushed me to go faster.

At the top of it there is a Eagles Nest. The highest restaurant and bar in Australia, it has some of the best views in the country. With an amazing panoramic view over Snowy Mountains and Thredbo.

After little break, we have started to follow 6 kilometers track leading all the way up to the summit. It seemed to be moderate and less steep then the first part.

(The beginning wasn’t the nicest as we got attacked by the huge group of flies. Stubborn insects biting ankles and faces were a very oppressive during first kilometer, luckily later on they were less frequent)

Most of this trail is made from metal mesh to walk on top of it to not devastate grass and greenery underneath.

During climbing I have heard lots of differenf languages: Russian, German, Spanish and Polish… not much English (probably Australian’s prefer to lay down on the beach then burning calories in the mountains)

The last phase of the walk splits into to parts. First one follow to Mount Kosciuszko, second one is a 15km track thorugh Snowy Mountains which that day was also a route of Thriathlon competition. (I found out later that the competitors started off the race at 6 a.m. in the morning to swim 1 kilometer in local lake, cycle 100 km in hilly area and run all the way up to Mount Koscuszko and finish in Thredbo. The best ones have completed it in less then 8 hours! WOW!)

At this point, Mount Kosciuszko’s trail becomes more rocky and steep. Around 2 pm we have finally conquered out summit. The tireness after over 11 kilometers walk turned into pure happiness and satisfaction and the view was the best prize for eyes and soul.

After taking (not) enough pictures and sending messages to friends, the strong wind was a sign that it was a high time to go back.

Way back to ski-station was faster and the wind seemed to drive tricky flies off. Chair-lift’s was taking the last tired tourists down. But not us, who were walking down.

Legs on steep steps started to shake and me, I have almost landed all the way down on sleeky gravel road…

After 22 kilometers and 6 hours trip we came back to our start point in Threddbo.

We drove back to the hotel full of excitment and pride. Hungry as hunters we coudn’t wait for the dinner. Absolutely starving, we ordered starters, salads, main courses and wine to celebrate that day.

Once the waitress knew that we had just walked all the way up and down on foot to Mount Kosciuszko (which Ozzie people spell in very funny way ‘ koziosko’ that has not much in common with proper Polish pronouncation ;)), made her eyes big and was not amazed about our apetite any more.

The feast that night was definitely well deserved. I went to my bed tired but happy like a kid. While I was falling asleep I started to plan next mountain exhursions already, definitely I need to go back to Polish Tatry this Summer! Is anyone keen on it?! Let’s go! 🙂

Góra Kościuszko

Australię kojarzymy głównie z plażowaniem, surferami i kangurami, rzadko jednak z górami. Okazuje się, że najwyższy szczyt Góra Kościuszki (2228 m n. p. m.), położona w Górach Śnieżnych w paśmie Alp Australijskich, – (nazwana na cześć Tadeusza Kościuszki, przez jej pierwszego zdobywcę – polskiego alpinistę, Pawła Edmunda Strzeleckiego) jest ciekawą alternatywą dla miłośników wspinaczek górskich.

W piątek wieczorem po 5 godzinach drogi samochodem dojechaliśmy do uroczego miejsca nad Jeziorem,

Lake Caterbreak, położonego na terenie Parku Narodowego Kościuszki oddalonego ok 500 km na południowy-zachód od Sydney.

Nazajutrz poranek powitał nas pięknymi widokami o świcie…

 
Bo obfitym śniadaniu i kawie w hotelowej restauracji byliśmy gotowi zmierzyć się ze szczytem.

Podroż z Lake Catenberg do Threddbo (naszego punktu startowego) zajęła nam 20 minut.

Thredbo to zimowa stolica Australii (podobnie jak Zakopane), oferująca ponad 30 km tras dla narciarzy zima, latem zaś miejsce to przeobraża sie w prawdziwą mekkę dla górskich rowerzystów i pieszych turystów.

Trasa na Górę Kościuszki podzielona jest na dwa etapy: pierwszy – wymaga dostania się z Threddbo na górę do stacji narciarskiej – wyciągiem krzesełkowym (płatne) bądź pieszo, 4 kilometrowym stromym podejściem (darmowo :)) oraz drugi etap – 6 kilometrowy górski szlak na sam szczyt.

Oczywiście wybraliśmy opcje trudniejsza decydując sie iść ‘z buta’ w obie strony, a wyciąg pozostawić leniwym turystom ;).

Piesza trasa rozpoczyna się stromymi schodami, które po 15 minutach potrafią porządnie zmęczyć. Następnie ścieżka wiedzie szutrowa drogą, której wysuszona powierzchnia ze względu na brak opadów i upały była wyzwaniem dla nóg i obuwia.

W połowie drogi oznaczenia na szlaku zniknęły (które pojawiały się do tej pory bardzo rzadko, co chyba świadczy o tym, ze Australijczycy rzadko chodzą po górach) i kierując sie wyłącznie mapką i instynktem zdecydowałam się iść dalej schodami, zamiast uciążliwą żwirową droga.

Obawiając się, że mogę natknąć się na węże, przyspieszyłam kroku, nucąc melodie pod nosem by odstraszyć zwierzynę (nie ukrywam, nie umiem śpiewać 😉 ).
W połowie moja droga przecięła trasę rowerzystów zjazdowych, skaczących na BMX-ach i wykonujących akrobacje przyprawiające o gęsią skórkę.

Z tego miejsca była widoczna stacje narciarska, którą chciałam zdobyć jak najszybciej. Na samej górze znajduje sie restauracja Eagle chwaląca się mianem najwyżej położonej w Australii. Z jej tarasu rozpościera się świetny widok na panoramę górską i Thredbo.

Po chwili odpoczynku przyszedł czas na wcześniej wspomniany 6 kilometrowy szlak na samą górę, który wydawał sie być znacznie bardziej łagodny niż podejście do stacji narciarskiej.

(Początek jednak nie należał do najprzyjemniejszych,  zostaliśmy zaatakowani przez chmarę much. Uciążliwe owady gryzące po kostkach i twarzy uprzykrzyły pierwszy kilometr drogi później było ich na szczęście znacznie mniej.)

Większość drogi prowadzi po metalowej kładce zamontowanej tak, aby nie stąpać i nie zniszczyć zielni.

Wędrując było słychać przeróżne języki: rosyjski, hiszpański, polski (2 razy!), najrzadziej zaś angielski (chyba Australijczycy wolą byczyć się na plaży aniżeli wyciskać siódme poty w górach).

W końcowym etapie trasa rozdziela się na dwie rożne drogi, pierwsza prowadzi na Górę Kościuszki, druga zaś to 15 km szlak poprzez Góry Śnieżne, który tego dnia pokonywali triatloniści (jak później się okazało, zawodnicy rozpoczęli zawody o 6 rano, płynąc 1km w, następnie pokonując 100 km rowerem i biegnąc z podnóża gór na sam szczyt Kościuszki, skąd zbiegali do XXX. Najlepsi pokonują tę trasę w niespełna 8 godzin!)
Obierając właściwy szlak, tym razem skalisty bardziej stromy i kręty było widać szczyt coraz bliżej.
Około godziny 14 udało się zdobyć cel, w tym momencie (moje stosunkowo niewielkie) zmęczenie ponad 11km drogą przerodziło się w czystą radość i satysfakcję.


Widok zaś był wystarczającą nagrodą dla oczu i ducha 🙂
Po zrobieniu (nie)dostatecznej liczby zdjęć i wysłaniu wiadomości do znajomych porwisty wiatr dał do zrozumienia, że pora zawracać.
Droga powrotna do stacji narciarskiej zajęła oczywiście mniej czasu, a wiatr jakby przegonił muchy, których tym razem było mniej w miejscu gdzie wcześniej utrudniały przeprawę.
Czekało nas jeszcze zejście do Thredbo, nie korzystając z ostatniej szansy zamykającego się już tego dnia wyciągu narciarskiego, który zwoził ostatnich zmęczonych turystów.
Nogi na stromych schodach powoli zaczynały sie trząść, zaś na szutrowej drodze prawie zaliczyłam glebę na śliskim żwirze…

Nasza trasa dobiegła końca, po 22 kilometrach drogi i 6 godzinach byliśmy z powrotem w Thredbo.

Pełni wrażeń i dumni wróciliśmy do hotelu, nie mogąc doczekać się kolacji, którą zjedliśmy w miejscowej restauracji XXX. Głodni jak wilki zamówiliśmy przystawki, sałatki, dania główne oraz wino dla uczczenia naszej wyprawy. Kelnerka słysząc że przeszliśmy całą trasę pieszo z Thredbo na Górę Kościuszki (wymawianej zabawnie przez Australijczyków górą “kozyjosko”;)) złapała się za głowę i nie dziwiła się naszemu apetytowi, który zdecydowanie dopisywał tego wieczoru.

Uczta po takiej wyprawie to zdecydowoanie zasłużona nagrod. Zmęczona, lecz szczęśliwa niczym dziecko, padłam do łóżka. Zasypiając planowałam już w głowie kolejne wyprawy w góry, tego lata definitywnie muszę wrócić w ukochane Tatry! Ktoś chętny?! 🙂

 

 

Oz | Australia, travels | podróże

Friday the 13th | Piątek trzynastego

Friday the 13th

Packing my luggage to Sydney wasn’t an easy one. First time since a very long time I had completely no idea what to bring with me. That time of the year in Poland (in Lodz) was absolutely freezing (with temperature outside -15 degrees Celcius and below -20 during night)! Middle of winter but at the same time weather forecast predicted in Australia over +30 degress Celcius.
I had been waiting for this travel very excited and unaware of anything, the only thing I knew for sure was that it would be very long one…!
Travel from home to Warsaw(Frederic Chopin) Airport (2 hours), check-in for flight to London (2 hours), flight to London (2 hours), waiting at Heathrow Airport for my connection (4,5 hours), flight London-Singapore (13 hours), fuel tanking there (2 hours), flight Singapore – Sydney (another 8 hours), baggage claim and drive to my apartment in Australia (1,5 hours)… It took me 35 hours door-to-door to reach my destination!
I left home at 11 am on Wednesday and arrived in Sydney at 7.30 am on Friday (Australian’s local time)… Sounds crazy, and it was, but somehow (still don’t know HOW) I have managed to make it. Probably now almost no flight will be a challenge for me at all 😉
All passengers were stopped at customs to fill arrival declaration. It was quite quick and easy to come through it and the customs officer put a stamp in my passport with a big smile, saying ‘Welcome to Australia!’.
After arrival there the weather welcomed me in a very humid and tropical way – completely opposite to that one I left behind me in Warsaw.
The agency’s driver (Chattz) was waiting for me to pick me up and drive me to the apartment in Double Bay (district of Sydney) where I lived during my stay.
Since the very beginning, me and Chattz got a good contact and we became soon very good friends (and traveling companions 😉 ).
After quick shower, I jumped into the car again to say hello to my Australian agency Chic Management. Their office located in a very beautiful Jersey Road, with a lovely yard surrounded by palm-trees makes the impression! 🙂
Later on, I needed to setup myself and buy a basic model toolkit for following weeks: sim card and public transport card (opal card), pocket money (how surprised I was when I saw Australian’s banknotes! They are plastic. Yes, plastic! Apparently many people are going for a morning swim in the ocean with few $$ in the pocket of their swimmers so later they are able to pay for coffee with them in unchanged condition, not wet even! That’s a smart thing! :))

Ok, all duties had been done so now I could start to enjoy my first weekend on this side of the world.
We went with Chattz for lunch to Cafe Paris, little bar/cafe at the main street of Bondi (more information you will find here). This is a local restaurant which offers freshly pressed juices, smoothies, and healthy meal options. That was my first time dining in Sydney and I remembered it very positively. Amazing food, made with local ingredients, whole grains, eggs, fishes, meat, veggies, whatever your [hungry] soul could ask for.  That time, I knew at once that Australia will be a very yummy place!

After kick of energy, we went for a little stroll around the neighborhood – Bondi. It’s a district there which has one of the most popular Beaches – Bondi Beach. Time passes there much slower and its local residents seem to have a very chilled lifestyle, wearing only swimwears, often barefoot, saying cheerfully ‘Hi’ to each other are a very lucky people for someone like me who observes taken straight from the airport. The coastline itself looks amazing as well, with wide sandy beach and huge waves make a perfect combination for Australians, tourists, and ubiquitous surfers.

The only disadvantage of this spot is the crowd – because of the holiday Bondi Beach was completely full. So to make my day even more adventurous we have decided to escape the city and head to another beach outside of Sydney (you would say that I have only arrived and I am gone already, haha). So the decision was easy, I got my bikini and flip flops ready and we went by car out of the city!

At 2 pm we arrived at PLAZA – that was amazing! Almost no people, beautiful breeze and that heat that wasn’t imaginable yet 2 days ago in Poland. All these little things were happening on Friday the 13th, I would have never expected better day than that. Now, none can tell me that 13 is an unlucky number ;). My the only dilemma was the fact that I felt very palely in comparison to all tourists on the beach.

We have spent there a couple of hours, sunbathing and having a swim in the ocean. Afterall sun got me a bit tired and the jet lag started to take control over me so even though, it was only 5 pm I felt very groggy and tired. On the way home I was struggling with a sleep but I accepted the prompting of dinner and we went for food – to Bondi’s Beest – a fish restaurant located a Hall Street (main street of Bondi), very close to the Cafe Paris we had been that day for lunch.

Bondi’s Best’s menu offers a wide selection of light appetizers, sushi, fish, shrimps… I love seafood, I could it eat every day, I wish it was more available in Poland.

I ordered sashimi salad with raw tuna, salmon, butterfish and seaweeds – it looked and tasted very fresh and tastily, so did the grilled snapper ordered for the main course.

That feast was a perfect end of a long day (and even longer trip) behind me. At night,  I was going to sleep exhausted but probably even more excited that everything had happened exactly on Friday the 13th – what made me even more excited and hungry about discovering Australia.

Piątek trzynastego

Pakując się do Sydney, pierwszy raz od dawna nie miałam zielonego pojęcia co powinnam spakować do walizki. Za oknem w Polsce (w Łodzi) panował siarczysty mróz -15 stopni w ciągu dnia, poniżej -20 w nocy, styczeń, środek zimy… zaś prognoza pogody w Australii pokazywała +30 stopni ciepła.

W kompletnej niewiedzy i ekscytacji czekałam na tę podróż, o której jedyne, co wiedziałam na pewno, to, to że będzie ona długa…


Licząc dojazd pociągiem z domu  na Okęcie (2 godziny), odprawę przed lotem do Londynu (2 godziny), lot do Londynu (2 godziny), czas oczekiwania na samolot do Sydney (4,5 godziny), lot z Londynu do Singapuru (13 godzin) , śródlądowanie oraz tankownie samolotu w Singapurze (2 godzin) i ostatni etap z Singapuru do Sydney (8 godzin) + dojazd z lotniska do apartamentu (1,5 godzin)
Spędziłam 35 godzin w podroży. Wychodząc z domu w środę o godzinie 11, dotarłam do drzwi mieszkania w Sydney o 7.30 rano w piątek. Patrząc z perspektywy czasu, nie wiem jak tego dokonałam, ale jedno jest pewne – teraz żaden lot nie będzie dla mnie wyzwaniem ;).

Po wylądowaniu w Sydney, pasażerowie musieli wypełnić wniosek dotyczący przyjazdu. Sama odprawa na lotnisku przebiegła zaś bardzo sprawnie. Celniczka bez żadnego problemu odebrała potrzebne dokumenty, wbijając pieczątkę do paszportu z uśmiechem na twarzy, mówiąc „Welcome to Australia”…

Na dworze przywitała mnie parna, duszna aura. Czuć było tropikalne powietrze i pełnię lata – zupełne przeciwueństwo tego, co zostawiłam za sobą na lotnisku w Warszawie.

Na lotnisku czekał na mnie driver z agencji – Chattz (z którym od razu znalazłam wspólny język i jak okazało się niebawem, stał się świetnym kompanem poźniejszych podróży), który zabrał mnie do apartamentu, w dzielnicy Double Bay, gdzie miałam mieszkać podczas mego pobytu w Sydney.

Po szybkiej toalecie i odświeżeniu się, pojechaliśmy do agencji by przywitać się z bookerami. Agencja Chic Management reprezentująca mnie w Australii mieści się w dzielnicy Woolhara, przy Jersey Road. Biuro – cudownie położone wśród zieleni, z pięknym podwórkiem – zrobiło wrażenie.
Po przywitaniu z agencją, Chattz pomógł mi przy zorganizowaniu karty SIM, karty OPAL na publiczny transport (o tym więcej tutaj), wypłaceniu kieszonkowego w banku (okazało się że pieniądze w Australii są plastikowe! Tak, mieszkańcy bardzo często po porannej kąpieli na plaży z banknotami w kieszonce swoich kąpielówek, mogą bez problemu udać się do kawiarenki i zapłacić za swoje zamówienie pieniędzmi w nienaruszonym stanie ;)).

Po załatwieniu formalności, przyszedł czas na lunch. Cafe Paris, lokalna knajpka położona na Hall street w Bondi Beach, serwująca smoothies, świeżo wyciskane soki oraz ciekawe propozycje na śniadanie i lunch. W menu m.in..: jajka w każdej postaci (smażone, gotowane, holenderskie), dużo sałatek, potraw na bazie wieloziarnistych produktów, dania lekkie i pożywne..

Pierwsze spotkanie z jedzeniem na mieście wspominam bardzo smacznie. Australijczycy zdecydowanie mają dużą świadomość zdrowego odżywania i nietrudno znaleźć fajne miejsce na kawę lub małe co nieco w ciągu dnia

Po dawce energii, przyszedł czas na zwiedzanie okolicy – Bondi, to jedna z dzielnic Sydney, która posiada najsłynniejszą plażę w mieście Bondi Beach. Od razu dało się odczuć, że czas płynie tu wolniej, lokalni mieszkańcy o tej porze roku ubrani jedynie w strój kąpielowy, chodzą boso i radośnie wołają „Hello”, zaś sama plaża położona na wschodnim wybrzeżu zapewnia niezapomniane wschody słońca (osobny artykuł o Bondi Beach).

Żeby urozmaicić ten dzień jeszcze bardziej, zdecydowaliśmy z Chattzem wybrać się poza miasto (ponieważ lokalna plaża z minuty na minutę zapełniała się mieszkańcami oraz turystami korzystającymi z pełni lata i wakacji (trwających w Australii do końca Stycznia).

Po godzinie 14 udało nam się dojechać na miejsce – PLAŻA . Położona na południe od Sydney, uboczu autostrady ok. 60 km od Sydney powitała słońcem w pełni, niewielką ilością ludzi, morską bryzą i upalną temperaturą.

Aż trudno było mi uwierzyć, że jeszcze niespełna dwa dni temu byłam w Polsce,  ubrana “na cebulę” a teraz w samym bikini miałam okazję pierwszy raz w życiu wykąpać się w Pacyfiku. Nienajgorszy początek weekendu, a świadomość, że to wszystko działo się w piątek trzynastego, przyprawia mnie tym bardziej o uśmiech. Ktokolwiek wierzy w przesądy i pechowe “13” ten powinien w tym momencie przestać się ich bać :).

Jedyną moją rozterką był fakt, że porównując się z niemal każdym na plaży, czułam się BLADO.

Po kilku godzinnym plażowaniu przyszła była na powrót do miasta – mój jetlag zaczął wdawać się we znaki i pomimo wczesnej pory, po godzinie 17 czułam się półprzytomna… W samochodzie. w drodze powrotnej walczyłam ze snem, ale uległam namowie, aby pójść jeszcze na kolację.

Tym razem naszym celem padła rybna restauracja Bondi’s Best.
Bondi’s Best położona jest na tej samej alejce Bondi, co Paris Cafe, tuż przy Hall Street.

Menu bogate w lekkie przystawki, ryby, sushi, krewetki, ostrygi. Uwielbiam owoce morza, mogłabym je jeść codziennie, żałuję bardzo, ze w Polsce tak ciężko je dostać. Dlatego zawsze mając okazje zjeść świeżą rybę w takim miejscu, wybór jest dla mnie prosty.

Zamówiona przeze mnie sałatka sashimi, z tuńczykiem, ryba maślana i łososiem, i algami morskim kusiła wyglądem, podobnie jak grillowany Red Snapper na danie główne (który z przygodami – pomylonym zamówieniem – ostatecznie trafił na nasz stolik).

Uczta była przypieczętowaniem tego długiego dnia i jeszcze dłuższej podroży. Wieczorem, po kolacji, kładąc się spać byłam niezmiernie zmęczona ale świadomość, że to wszystko wydarzyło się w piątek 13 nastego szybko pozwoliła mi zapomnieć o ciężkiej podróży i wzbudziła we mnie chęć odkrycia Australii jeszcze bardziej ;)…